Ostatnimi czasy zdrowe odżywianie, bycie fit, stało się bardzo modne. Dookoła krąży tyle pomysłów na to jak schudnąć, jak przyspieszyć spalanie tłuszczu, jak sprawniej rozbudować masę mięśniową. No cała masa tego jest. Każdy znajdzie coś dla siebie. Od tej mnogości, to się może w nam w głowach poprzewracać. Ja wyznaje zasadę, że to co najprostsze, jest zarazem najskuteczniejsze. Dlatego właśnie, zakochałam się w zielonej herbacie.
Jest tak zwyczajna, że często nawet nie bierzemy jej pod uwagę, z rozpędu. Bardzo duży błąd. Azjaci, a zwłaszcza Chińczycy od dawna znają jej zbawienne, dla ludzkiego ciała, działanie. I nic dziwnego, bo już 3 filiżanki tego, dość specyficznie smakującego naparu, dziennie są w stanie pobudzić ludzki organizm i zmobilizować go do zdwojonej pracy.
Mówi się, ze zielona herbata wspomaga odchudzanie, tak samo jak woda, ale z tą różnicą, że herbata działa moczopędnie, dzięki czemu wydalamy toksyny z organizmu szybciej niż przeciętnie. Wypijając jedna filiżankę naparu pobudzamy do pracy układ trawienny i metabolizm, czyli wspomagamy chudnięcie. Nie myśl sobie tylko, że zaczniesz pić zieloną herbatę i od razu schudniesz. Od samego picia herbaty, kilogramy nie zaczną spadać. Wszystko musi byc połączone ze zrównoważoną dietą oraz regularnymi treningami,
Co więcej, jeśli tak jak ja, nie lubisz smaku kawy, zielona herbata zawiera teinę, która działa pobudzająco. Wypij rano filiżankę zielonej herbaty do śniadania. Nie dosyć, że Twój organizm dostanie porządnego kopa, motywującego do działania, oczy Ci się otworzą jak po małej czarnej, to jeszcze będziesz spalać dwa razy więcej kalorii niż zwykle. Super? Pewnie.
Jeśli jednak nie możesz przekonać się do smaku zielonej herbaty (fakt, faktem nie jest to najpyszniejszy napój jaki piłam) dodaj odrobinę soku z cytryny, albo plasterek cytryny. Od razu lepiej.
Bardzo istotnym jest to jak parzymy zieloną herbatę. Przede wszystkim nie wrzątkiem. Najlepiej wodą w temperaturze około 80-85 stopni, nie krócej niż 2 minuty, ale nie dłużej niż 4. Jeśli używamy dobrej jakości liści, możemy zalać je nawet dwu krotnie. Za każdym razem serwując sobie inne doznania. Po pierwszym dostaniesz kopa. Pobudka. Drugie parzenie pozwala zwalczać stres, uspokaja.
Zatem leć do sklepu i kup swoją zieloną :)
Nie ma znaczenia, czy liściastą czy w torebkach.
Smacznego.
czwartek, 26 listopada 2015
wtorek, 24 listopada 2015
Przyznaję się do winy.
O tym jak ważna jest regeneracja pisałam już [tutaj], dzisiaj jednak chcę się trochę pochwalić (?), tym jak szybko mój organizm "otrząsa" się po wysiłku fizycznym.
Jestem leniem, z zasady. Tak o sobie myślę, chociaż pewni ludzie, którzy mnie znają powiedzieliby, że to wierutna bzdura. Już tłumaczę o co chodzi. Wszyscy w koło widzę, że: biegam do pracy, chodzę na siłownię, chodzę do college`u, pracuję, spotykam się ze znajomymi, imprezuję, od czasu do czasu zorganizuję jakąś fajną akcję, pomagam innym. Mogłoby się wydawać, ze jest tego całkiem sporo. Więc skąd wgl ta myśl, że jestem leniem? No stąd, że robię wszystko na "pół gwizdka". Nie jest to dobre, wiem że mogłabym dać z siebie wszystko, jednak rezygnuję przy pierwszym proteście mojego ciała (tylko podczas biegu jest inaczej). Nie lubię się męczyć. Słabe to jest, wiem.
Co to wszystko ma wspólnego z regeneracją? Niewiele, ale już przechodzę do rzeczy.
Kiedy biegnę, męczę się niemiłosiernie. Dyszę, sapię (nie pocę się), ale biegnę. Chcę biec. Na koniec czeka mnie nagroda, w postaci rozpierającej dumy i świetnego humory, przez cały dzień. Nie miewam zakwasów, a zaraz po przebiegnięciu jakiegoś dystansu(nawet 10km) mogłabym iść na siłownię.Nie odczuwam zmęczenia. Dlatego właśnie mówię, że jestem leniem. Bo wiem, że stać mnie na więcej ! Kiedy jestem na siłowni nigdy nie biorę więcej niż dam radę podnieść. Po co się wysilać? Głupota ! Należy motywować się do działania, nowych wyzwań ! Ostatnimi czasy zdarza mi się myśleć : Hej Mała, co z tego że teraz jest ciężko, skoro wychodzą z siłowni będziesz miała jeszcze tyle powera, ze mogłabyś przebiec maraton. To daje mi kopa, zamiast 4kg na biceps biorę 5kg (zawsze to postęp) i wyciskam. Bo wiem, że mogę, że dam radę, że stać mnie na więcej. Muszę tylko poszerzyć swoje własne granice, przestać swojemu mózgowi pozwalać ograniczać ciało. Bo ono jest w stanie zrobić więcej. Znacznie więcej.
Nie wiem na czym polega fenomen mojej regeneracji. Chciałabym umieć wykorzystać ten potencjał w pełni. Staram się samo motywować. Stąd ten post. Swojakie przyznanie się do winy. Bo lenistwo to przestępstwo ! na samym sobie.
Stay strong :)
Jestem leniem, z zasady. Tak o sobie myślę, chociaż pewni ludzie, którzy mnie znają powiedzieliby, że to wierutna bzdura. Już tłumaczę o co chodzi. Wszyscy w koło widzę, że: biegam do pracy, chodzę na siłownię, chodzę do college`u, pracuję, spotykam się ze znajomymi, imprezuję, od czasu do czasu zorganizuję jakąś fajną akcję, pomagam innym. Mogłoby się wydawać, ze jest tego całkiem sporo. Więc skąd wgl ta myśl, że jestem leniem? No stąd, że robię wszystko na "pół gwizdka". Nie jest to dobre, wiem że mogłabym dać z siebie wszystko, jednak rezygnuję przy pierwszym proteście mojego ciała (tylko podczas biegu jest inaczej). Nie lubię się męczyć. Słabe to jest, wiem.
Co to wszystko ma wspólnego z regeneracją? Niewiele, ale już przechodzę do rzeczy.
Kiedy biegnę, męczę się niemiłosiernie. Dyszę, sapię (nie pocę się), ale biegnę. Chcę biec. Na koniec czeka mnie nagroda, w postaci rozpierającej dumy i świetnego humory, przez cały dzień. Nie miewam zakwasów, a zaraz po przebiegnięciu jakiegoś dystansu(nawet 10km) mogłabym iść na siłownię.Nie odczuwam zmęczenia. Dlatego właśnie mówię, że jestem leniem. Bo wiem, że stać mnie na więcej ! Kiedy jestem na siłowni nigdy nie biorę więcej niż dam radę podnieść. Po co się wysilać? Głupota ! Należy motywować się do działania, nowych wyzwań ! Ostatnimi czasy zdarza mi się myśleć : Hej Mała, co z tego że teraz jest ciężko, skoro wychodzą z siłowni będziesz miała jeszcze tyle powera, ze mogłabyś przebiec maraton. To daje mi kopa, zamiast 4kg na biceps biorę 5kg (zawsze to postęp) i wyciskam. Bo wiem, że mogę, że dam radę, że stać mnie na więcej. Muszę tylko poszerzyć swoje własne granice, przestać swojemu mózgowi pozwalać ograniczać ciało. Bo ono jest w stanie zrobić więcej. Znacznie więcej.
Nie wiem na czym polega fenomen mojej regeneracji. Chciałabym umieć wykorzystać ten potencjał w pełni. Staram się samo motywować. Stąd ten post. Swojakie przyznanie się do winy. Bo lenistwo to przestępstwo ! na samym sobie.
Stay strong :)
niedziela, 15 listopada 2015
Biegaj ! Warto!
Jogging od biegania różni się przede wszystkim tempem poruszania. Kiedy uprawiasz jogging, oznacza to nic innego jak, że idziesz biegać, tylko że wolniej. Twoim celem jest ruch, sam w sobie. Podczas joggingu jesteś w stanie swobodnie rozmawiać z koleżanką, czy biegowym partnerem. Nie ścigacie się, nie ma miedzy wami rywalizacji.
Natomiast biegniesz wtedy, gdy przekraczasz tą granicę, swobodnego rozmawiania. Skupiasz się na równomiernym oddychaniu, a najważniejszym jest nie tyle dystans, co czas w jakim go pokonasz.Dlatego jogger pokona 10 km w około godzinę (6min/1km), a biegacz nawet w 40 min (4min/1km).
Jeden od drugiego nie jest ani lepszy, ani gorszy. Każdy z nas woli coś innego, a to że aktualnie nie poruszasz się z prędkością strusia pędziwiatra nie oznacza, że w przyszłości nie pokonasz maratonu, kończąc w pierwszej dziesiątce.
Wszystko zależne jest od tego jak często, jak daleko i po jakim terenie biegamy.
Kiedy dopada mnie zwątpienie, kiedy moje tempo biegu niewiele różni się od tego jak chodzę, myślę sobie, że przynajmniej robię to szybciej, niż ludzie siedzący w tym czasie na kanapie, przed TV :).
Ja, od wtorku do soboty, pokonuję dystans 5,5 km do pracy. Nie jest to długa trasa, ale kosztuje mnie to dużo wysiłku. Po pierwsze, żeby zacząć musiałam przestawić budzik o 10 min w tył (o matko! nie wyśpię się!), po drugie mieszkam w Anglii, gdzie deszcz to nie pierwszyzna (zaciągam kaptur, w plecaku trzymam zapasowe ubrania i heja), po trzecie miasteczko w którym mieszkam ma bardzo zróżnicowany teren. Prawie nigdy nie biegnę prosto. Moje 5,5 km zajmuje mi średnio 39 min (długo, bo 10 km po innym terenie jestem w stanie przebiec w godzinę), a to dlatego, że w tym czasie mam do pokonania cztery "górki".
Wymieniłam dojazd do pracy ze znajomym na bieganie prawie trzy tygodnie temu. Na początku było ciężko. Już przy pierwszym podbiegu było ciężko, a gdzie tam kolejne trzy !! Teraz ta pierwsza górka, już nie sprawia mi większego problemu (mój pierwszy Everest zdobyty, juhu!). Kolejna nie jest stroma, ale dosyć długa, przez co dosyć konkretnie mnie męczy, ale kiedy już przebiegnę jestem na połowie dystansu (motywujące). Trzecia to już nie górka, a 16% wzniesienie, na którym samochody muszą wrzucać większy bieg i dodać gazu, żeby wjechać. Jeszcze nie udało mi się wbiec na samą górę (szczerość, to podstawa), ale za każdym razem staram się postawić chociaż kilka kroków więcej, niż dzień wcześniej. Zawsze to jakiś postęp i skraca czas biegu. No i już prawie na miejscu, przed samą fabryką mam taką górkę, krótką, ale dość mocną. Początkowo na nią wchodziłam. Teraz wbiegam. Płuca często chcą mi potem wyskoczyć z piersi, ale duma trzyma je na miejscu.
Jaka jest różnica w czasie, gdybym pokonała tą trasę pieszo? Jakieś 20 minut. Fakt że przebiegam tą trasę, napawa mnie taką radością, endorfiny skaczą po całym moim ciele, uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Myślę sobie, że kiedy uda mi się w końcu podbiec na to najwyzsze wzniesienie, będę mogła myśleć o przygotowaniach do maratonu (punk do odhaczenia). No i oczywiście, popracować nad czasem, żeby skrócić go chociaż do pół godziny.
Poniżej przedstawiam, znalezione w sieci, powody do tego aby biegać:
Natomiast biegniesz wtedy, gdy przekraczasz tą granicę, swobodnego rozmawiania. Skupiasz się na równomiernym oddychaniu, a najważniejszym jest nie tyle dystans, co czas w jakim go pokonasz.Dlatego jogger pokona 10 km w około godzinę (6min/1km), a biegacz nawet w 40 min (4min/1km).
Jeden od drugiego nie jest ani lepszy, ani gorszy. Każdy z nas woli coś innego, a to że aktualnie nie poruszasz się z prędkością strusia pędziwiatra nie oznacza, że w przyszłości nie pokonasz maratonu, kończąc w pierwszej dziesiątce.
Wszystko zależne jest od tego jak często, jak daleko i po jakim terenie biegamy.
Kiedy dopada mnie zwątpienie, kiedy moje tempo biegu niewiele różni się od tego jak chodzę, myślę sobie, że przynajmniej robię to szybciej, niż ludzie siedzący w tym czasie na kanapie, przed TV :).
Ja, od wtorku do soboty, pokonuję dystans 5,5 km do pracy. Nie jest to długa trasa, ale kosztuje mnie to dużo wysiłku. Po pierwsze, żeby zacząć musiałam przestawić budzik o 10 min w tył (o matko! nie wyśpię się!), po drugie mieszkam w Anglii, gdzie deszcz to nie pierwszyzna (zaciągam kaptur, w plecaku trzymam zapasowe ubrania i heja), po trzecie miasteczko w którym mieszkam ma bardzo zróżnicowany teren. Prawie nigdy nie biegnę prosto. Moje 5,5 km zajmuje mi średnio 39 min (długo, bo 10 km po innym terenie jestem w stanie przebiec w godzinę), a to dlatego, że w tym czasie mam do pokonania cztery "górki".
Wymieniłam dojazd do pracy ze znajomym na bieganie prawie trzy tygodnie temu. Na początku było ciężko. Już przy pierwszym podbiegu było ciężko, a gdzie tam kolejne trzy !! Teraz ta pierwsza górka, już nie sprawia mi większego problemu (mój pierwszy Everest zdobyty, juhu!). Kolejna nie jest stroma, ale dosyć długa, przez co dosyć konkretnie mnie męczy, ale kiedy już przebiegnę jestem na połowie dystansu (motywujące). Trzecia to już nie górka, a 16% wzniesienie, na którym samochody muszą wrzucać większy bieg i dodać gazu, żeby wjechać. Jeszcze nie udało mi się wbiec na samą górę (szczerość, to podstawa), ale za każdym razem staram się postawić chociaż kilka kroków więcej, niż dzień wcześniej. Zawsze to jakiś postęp i skraca czas biegu. No i już prawie na miejscu, przed samą fabryką mam taką górkę, krótką, ale dość mocną. Początkowo na nią wchodziłam. Teraz wbiegam. Płuca często chcą mi potem wyskoczyć z piersi, ale duma trzyma je na miejscu.
Jaka jest różnica w czasie, gdybym pokonała tą trasę pieszo? Jakieś 20 minut. Fakt że przebiegam tą trasę, napawa mnie taką radością, endorfiny skaczą po całym moim ciele, uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Myślę sobie, że kiedy uda mi się w końcu podbiec na to najwyzsze wzniesienie, będę mogła myśleć o przygotowaniach do maratonu (punk do odhaczenia). No i oczywiście, popracować nad czasem, żeby skrócić go chociaż do pół godziny.
Poniżej przedstawiam, znalezione w sieci, powody do tego aby biegać:
Moje ulubione powody:
Sama lepiej bym tego nie ujęła :)
Pozdrawiam,
Klaudia
piątek, 13 listopada 2015
Come back.
W ciągu ostatnich miesięcy wiele się w moim życiu zmieniło. W zasadzie wszystko odwróciło się o okrągłe 360 stopnii.Dopiero, od niedawna zaczynam układać je od początku. Zupełnie na nowo, z czystą kartką.
Z racji tego zaniedbałam nie tylko bloga, was tutaj, ale też siłownię. Praktycznie wgl się nie poruszałam. Oczywiście chodziłam, do pracy, na zakupy. Bo musiałam, ale o jakejkolwiek sportowej formie ruchu nawet nie myślałam. Nie mówię, odwiedziłam od czasu do czasu siłownie, ale trening był tak wymuszony, że szkoda gadać.
Jednak, jestem z tych ludzi, którzy nie potrafią zbyt długo usiedzieć w miejscu. Ciągle stawiam przed sobą kolejne cele, planuje nowe rzeczy.
I tak między meblowaniem nowego mieszkania, biegam do pracy i chodzę na siłownię (kolejne podejście do systematyczności, w tym temacie), a od środy mam nawet, konkretny plan treningowy.
Obiecuję sobie, tutaj, oficjalnie nie zaniedbać tego bo wiem, że dzieki wysiłkowi fizycznemu czuję się lepiej, endorfiny malują uśmiech na mojej twarzy.
Poniżej zamieszczam zdjęcie, widoku ze wzgórza, pod które podbiegam, codziennie rano, w drodze do pracy.
Z racji tego zaniedbałam nie tylko bloga, was tutaj, ale też siłownię. Praktycznie wgl się nie poruszałam. Oczywiście chodziłam, do pracy, na zakupy. Bo musiałam, ale o jakejkolwiek sportowej formie ruchu nawet nie myślałam. Nie mówię, odwiedziłam od czasu do czasu siłownie, ale trening był tak wymuszony, że szkoda gadać.
Jednak, jestem z tych ludzi, którzy nie potrafią zbyt długo usiedzieć w miejscu. Ciągle stawiam przed sobą kolejne cele, planuje nowe rzeczy.
I tak między meblowaniem nowego mieszkania, biegam do pracy i chodzę na siłownię (kolejne podejście do systematyczności, w tym temacie), a od środy mam nawet, konkretny plan treningowy.
Obiecuję sobie, tutaj, oficjalnie nie zaniedbać tego bo wiem, że dzieki wysiłkowi fizycznemu czuję się lepiej, endorfiny malują uśmiech na mojej twarzy.
Poniżej zamieszczam zdjęcie, widoku ze wzgórza, pod które podbiegam, codziennie rano, w drodze do pracy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














