Ostatnimi czasy zdrowe odżywianie, bycie fit, stało się bardzo modne. Dookoła krąży tyle pomysłów na to jak schudnąć, jak przyspieszyć spalanie tłuszczu, jak sprawniej rozbudować masę mięśniową. No cała masa tego jest. Każdy znajdzie coś dla siebie. Od tej mnogości, to się może w nam w głowach poprzewracać. Ja wyznaje zasadę, że to co najprostsze, jest zarazem najskuteczniejsze. Dlatego właśnie, zakochałam się w zielonej herbacie.
Jest tak zwyczajna, że często nawet nie bierzemy jej pod uwagę, z rozpędu. Bardzo duży błąd. Azjaci, a zwłaszcza Chińczycy od dawna znają jej zbawienne, dla ludzkiego ciała, działanie. I nic dziwnego, bo już 3 filiżanki tego, dość specyficznie smakującego naparu, dziennie są w stanie pobudzić ludzki organizm i zmobilizować go do zdwojonej pracy.
Mówi się, ze zielona herbata wspomaga odchudzanie, tak samo jak woda, ale z tą różnicą, że herbata działa moczopędnie, dzięki czemu wydalamy toksyny z organizmu szybciej niż przeciętnie. Wypijając jedna filiżankę naparu pobudzamy do pracy układ trawienny i metabolizm, czyli wspomagamy chudnięcie. Nie myśl sobie tylko, że zaczniesz pić zieloną herbatę i od razu schudniesz. Od samego picia herbaty, kilogramy nie zaczną spadać. Wszystko musi byc połączone ze zrównoważoną dietą oraz regularnymi treningami,
Co więcej, jeśli tak jak ja, nie lubisz smaku kawy, zielona herbata zawiera teinę, która działa pobudzająco. Wypij rano filiżankę zielonej herbaty do śniadania. Nie dosyć, że Twój organizm dostanie porządnego kopa, motywującego do działania, oczy Ci się otworzą jak po małej czarnej, to jeszcze będziesz spalać dwa razy więcej kalorii niż zwykle. Super? Pewnie.
Jeśli jednak nie możesz przekonać się do smaku zielonej herbaty (fakt, faktem nie jest to najpyszniejszy napój jaki piłam) dodaj odrobinę soku z cytryny, albo plasterek cytryny. Od razu lepiej.
Bardzo istotnym jest to jak parzymy zieloną herbatę. Przede wszystkim nie wrzątkiem. Najlepiej wodą w temperaturze około 80-85 stopni, nie krócej niż 2 minuty, ale nie dłużej niż 4. Jeśli używamy dobrej jakości liści, możemy zalać je nawet dwu krotnie. Za każdym razem serwując sobie inne doznania. Po pierwszym dostaniesz kopa. Pobudka. Drugie parzenie pozwala zwalczać stres, uspokaja.
Zatem leć do sklepu i kup swoją zieloną :)
Nie ma znaczenia, czy liściastą czy w torebkach.
Smacznego.
czwartek, 26 listopada 2015
wtorek, 24 listopada 2015
Przyznaję się do winy.
O tym jak ważna jest regeneracja pisałam już [tutaj], dzisiaj jednak chcę się trochę pochwalić (?), tym jak szybko mój organizm "otrząsa" się po wysiłku fizycznym.
Jestem leniem, z zasady. Tak o sobie myślę, chociaż pewni ludzie, którzy mnie znają powiedzieliby, że to wierutna bzdura. Już tłumaczę o co chodzi. Wszyscy w koło widzę, że: biegam do pracy, chodzę na siłownię, chodzę do college`u, pracuję, spotykam się ze znajomymi, imprezuję, od czasu do czasu zorganizuję jakąś fajną akcję, pomagam innym. Mogłoby się wydawać, ze jest tego całkiem sporo. Więc skąd wgl ta myśl, że jestem leniem? No stąd, że robię wszystko na "pół gwizdka". Nie jest to dobre, wiem że mogłabym dać z siebie wszystko, jednak rezygnuję przy pierwszym proteście mojego ciała (tylko podczas biegu jest inaczej). Nie lubię się męczyć. Słabe to jest, wiem.
Co to wszystko ma wspólnego z regeneracją? Niewiele, ale już przechodzę do rzeczy.
Kiedy biegnę, męczę się niemiłosiernie. Dyszę, sapię (nie pocę się), ale biegnę. Chcę biec. Na koniec czeka mnie nagroda, w postaci rozpierającej dumy i świetnego humory, przez cały dzień. Nie miewam zakwasów, a zaraz po przebiegnięciu jakiegoś dystansu(nawet 10km) mogłabym iść na siłownię.Nie odczuwam zmęczenia. Dlatego właśnie mówię, że jestem leniem. Bo wiem, że stać mnie na więcej ! Kiedy jestem na siłowni nigdy nie biorę więcej niż dam radę podnieść. Po co się wysilać? Głupota ! Należy motywować się do działania, nowych wyzwań ! Ostatnimi czasy zdarza mi się myśleć : Hej Mała, co z tego że teraz jest ciężko, skoro wychodzą z siłowni będziesz miała jeszcze tyle powera, ze mogłabyś przebiec maraton. To daje mi kopa, zamiast 4kg na biceps biorę 5kg (zawsze to postęp) i wyciskam. Bo wiem, że mogę, że dam radę, że stać mnie na więcej. Muszę tylko poszerzyć swoje własne granice, przestać swojemu mózgowi pozwalać ograniczać ciało. Bo ono jest w stanie zrobić więcej. Znacznie więcej.
Nie wiem na czym polega fenomen mojej regeneracji. Chciałabym umieć wykorzystać ten potencjał w pełni. Staram się samo motywować. Stąd ten post. Swojakie przyznanie się do winy. Bo lenistwo to przestępstwo ! na samym sobie.
Stay strong :)
Jestem leniem, z zasady. Tak o sobie myślę, chociaż pewni ludzie, którzy mnie znają powiedzieliby, że to wierutna bzdura. Już tłumaczę o co chodzi. Wszyscy w koło widzę, że: biegam do pracy, chodzę na siłownię, chodzę do college`u, pracuję, spotykam się ze znajomymi, imprezuję, od czasu do czasu zorganizuję jakąś fajną akcję, pomagam innym. Mogłoby się wydawać, ze jest tego całkiem sporo. Więc skąd wgl ta myśl, że jestem leniem? No stąd, że robię wszystko na "pół gwizdka". Nie jest to dobre, wiem że mogłabym dać z siebie wszystko, jednak rezygnuję przy pierwszym proteście mojego ciała (tylko podczas biegu jest inaczej). Nie lubię się męczyć. Słabe to jest, wiem.
Co to wszystko ma wspólnego z regeneracją? Niewiele, ale już przechodzę do rzeczy.
Kiedy biegnę, męczę się niemiłosiernie. Dyszę, sapię (nie pocę się), ale biegnę. Chcę biec. Na koniec czeka mnie nagroda, w postaci rozpierającej dumy i świetnego humory, przez cały dzień. Nie miewam zakwasów, a zaraz po przebiegnięciu jakiegoś dystansu(nawet 10km) mogłabym iść na siłownię.Nie odczuwam zmęczenia. Dlatego właśnie mówię, że jestem leniem. Bo wiem, że stać mnie na więcej ! Kiedy jestem na siłowni nigdy nie biorę więcej niż dam radę podnieść. Po co się wysilać? Głupota ! Należy motywować się do działania, nowych wyzwań ! Ostatnimi czasy zdarza mi się myśleć : Hej Mała, co z tego że teraz jest ciężko, skoro wychodzą z siłowni będziesz miała jeszcze tyle powera, ze mogłabyś przebiec maraton. To daje mi kopa, zamiast 4kg na biceps biorę 5kg (zawsze to postęp) i wyciskam. Bo wiem, że mogę, że dam radę, że stać mnie na więcej. Muszę tylko poszerzyć swoje własne granice, przestać swojemu mózgowi pozwalać ograniczać ciało. Bo ono jest w stanie zrobić więcej. Znacznie więcej.
Nie wiem na czym polega fenomen mojej regeneracji. Chciałabym umieć wykorzystać ten potencjał w pełni. Staram się samo motywować. Stąd ten post. Swojakie przyznanie się do winy. Bo lenistwo to przestępstwo ! na samym sobie.
Stay strong :)
niedziela, 15 listopada 2015
Biegaj ! Warto!
Jogging od biegania różni się przede wszystkim tempem poruszania. Kiedy uprawiasz jogging, oznacza to nic innego jak, że idziesz biegać, tylko że wolniej. Twoim celem jest ruch, sam w sobie. Podczas joggingu jesteś w stanie swobodnie rozmawiać z koleżanką, czy biegowym partnerem. Nie ścigacie się, nie ma miedzy wami rywalizacji.
Natomiast biegniesz wtedy, gdy przekraczasz tą granicę, swobodnego rozmawiania. Skupiasz się na równomiernym oddychaniu, a najważniejszym jest nie tyle dystans, co czas w jakim go pokonasz.Dlatego jogger pokona 10 km w około godzinę (6min/1km), a biegacz nawet w 40 min (4min/1km).
Jeden od drugiego nie jest ani lepszy, ani gorszy. Każdy z nas woli coś innego, a to że aktualnie nie poruszasz się z prędkością strusia pędziwiatra nie oznacza, że w przyszłości nie pokonasz maratonu, kończąc w pierwszej dziesiątce.
Wszystko zależne jest od tego jak często, jak daleko i po jakim terenie biegamy.
Kiedy dopada mnie zwątpienie, kiedy moje tempo biegu niewiele różni się od tego jak chodzę, myślę sobie, że przynajmniej robię to szybciej, niż ludzie siedzący w tym czasie na kanapie, przed TV :).
Ja, od wtorku do soboty, pokonuję dystans 5,5 km do pracy. Nie jest to długa trasa, ale kosztuje mnie to dużo wysiłku. Po pierwsze, żeby zacząć musiałam przestawić budzik o 10 min w tył (o matko! nie wyśpię się!), po drugie mieszkam w Anglii, gdzie deszcz to nie pierwszyzna (zaciągam kaptur, w plecaku trzymam zapasowe ubrania i heja), po trzecie miasteczko w którym mieszkam ma bardzo zróżnicowany teren. Prawie nigdy nie biegnę prosto. Moje 5,5 km zajmuje mi średnio 39 min (długo, bo 10 km po innym terenie jestem w stanie przebiec w godzinę), a to dlatego, że w tym czasie mam do pokonania cztery "górki".
Wymieniłam dojazd do pracy ze znajomym na bieganie prawie trzy tygodnie temu. Na początku było ciężko. Już przy pierwszym podbiegu było ciężko, a gdzie tam kolejne trzy !! Teraz ta pierwsza górka, już nie sprawia mi większego problemu (mój pierwszy Everest zdobyty, juhu!). Kolejna nie jest stroma, ale dosyć długa, przez co dosyć konkretnie mnie męczy, ale kiedy już przebiegnę jestem na połowie dystansu (motywujące). Trzecia to już nie górka, a 16% wzniesienie, na którym samochody muszą wrzucać większy bieg i dodać gazu, żeby wjechać. Jeszcze nie udało mi się wbiec na samą górę (szczerość, to podstawa), ale za każdym razem staram się postawić chociaż kilka kroków więcej, niż dzień wcześniej. Zawsze to jakiś postęp i skraca czas biegu. No i już prawie na miejscu, przed samą fabryką mam taką górkę, krótką, ale dość mocną. Początkowo na nią wchodziłam. Teraz wbiegam. Płuca często chcą mi potem wyskoczyć z piersi, ale duma trzyma je na miejscu.
Jaka jest różnica w czasie, gdybym pokonała tą trasę pieszo? Jakieś 20 minut. Fakt że przebiegam tą trasę, napawa mnie taką radością, endorfiny skaczą po całym moim ciele, uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Myślę sobie, że kiedy uda mi się w końcu podbiec na to najwyzsze wzniesienie, będę mogła myśleć o przygotowaniach do maratonu (punk do odhaczenia). No i oczywiście, popracować nad czasem, żeby skrócić go chociaż do pół godziny.
Poniżej przedstawiam, znalezione w sieci, powody do tego aby biegać:
Natomiast biegniesz wtedy, gdy przekraczasz tą granicę, swobodnego rozmawiania. Skupiasz się na równomiernym oddychaniu, a najważniejszym jest nie tyle dystans, co czas w jakim go pokonasz.Dlatego jogger pokona 10 km w około godzinę (6min/1km), a biegacz nawet w 40 min (4min/1km).
Jeden od drugiego nie jest ani lepszy, ani gorszy. Każdy z nas woli coś innego, a to że aktualnie nie poruszasz się z prędkością strusia pędziwiatra nie oznacza, że w przyszłości nie pokonasz maratonu, kończąc w pierwszej dziesiątce.
Wszystko zależne jest od tego jak często, jak daleko i po jakim terenie biegamy.
Kiedy dopada mnie zwątpienie, kiedy moje tempo biegu niewiele różni się od tego jak chodzę, myślę sobie, że przynajmniej robię to szybciej, niż ludzie siedzący w tym czasie na kanapie, przed TV :).
Ja, od wtorku do soboty, pokonuję dystans 5,5 km do pracy. Nie jest to długa trasa, ale kosztuje mnie to dużo wysiłku. Po pierwsze, żeby zacząć musiałam przestawić budzik o 10 min w tył (o matko! nie wyśpię się!), po drugie mieszkam w Anglii, gdzie deszcz to nie pierwszyzna (zaciągam kaptur, w plecaku trzymam zapasowe ubrania i heja), po trzecie miasteczko w którym mieszkam ma bardzo zróżnicowany teren. Prawie nigdy nie biegnę prosto. Moje 5,5 km zajmuje mi średnio 39 min (długo, bo 10 km po innym terenie jestem w stanie przebiec w godzinę), a to dlatego, że w tym czasie mam do pokonania cztery "górki".
Wymieniłam dojazd do pracy ze znajomym na bieganie prawie trzy tygodnie temu. Na początku było ciężko. Już przy pierwszym podbiegu było ciężko, a gdzie tam kolejne trzy !! Teraz ta pierwsza górka, już nie sprawia mi większego problemu (mój pierwszy Everest zdobyty, juhu!). Kolejna nie jest stroma, ale dosyć długa, przez co dosyć konkretnie mnie męczy, ale kiedy już przebiegnę jestem na połowie dystansu (motywujące). Trzecia to już nie górka, a 16% wzniesienie, na którym samochody muszą wrzucać większy bieg i dodać gazu, żeby wjechać. Jeszcze nie udało mi się wbiec na samą górę (szczerość, to podstawa), ale za każdym razem staram się postawić chociaż kilka kroków więcej, niż dzień wcześniej. Zawsze to jakiś postęp i skraca czas biegu. No i już prawie na miejscu, przed samą fabryką mam taką górkę, krótką, ale dość mocną. Początkowo na nią wchodziłam. Teraz wbiegam. Płuca często chcą mi potem wyskoczyć z piersi, ale duma trzyma je na miejscu.
Jaka jest różnica w czasie, gdybym pokonała tą trasę pieszo? Jakieś 20 minut. Fakt że przebiegam tą trasę, napawa mnie taką radością, endorfiny skaczą po całym moim ciele, uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Myślę sobie, że kiedy uda mi się w końcu podbiec na to najwyzsze wzniesienie, będę mogła myśleć o przygotowaniach do maratonu (punk do odhaczenia). No i oczywiście, popracować nad czasem, żeby skrócić go chociaż do pół godziny.
Poniżej przedstawiam, znalezione w sieci, powody do tego aby biegać:
Moje ulubione powody:
Sama lepiej bym tego nie ujęła :)
Pozdrawiam,
Klaudia
piątek, 13 listopada 2015
Come back.
W ciągu ostatnich miesięcy wiele się w moim życiu zmieniło. W zasadzie wszystko odwróciło się o okrągłe 360 stopnii.Dopiero, od niedawna zaczynam układać je od początku. Zupełnie na nowo, z czystą kartką.
Z racji tego zaniedbałam nie tylko bloga, was tutaj, ale też siłownię. Praktycznie wgl się nie poruszałam. Oczywiście chodziłam, do pracy, na zakupy. Bo musiałam, ale o jakejkolwiek sportowej formie ruchu nawet nie myślałam. Nie mówię, odwiedziłam od czasu do czasu siłownie, ale trening był tak wymuszony, że szkoda gadać.
Jednak, jestem z tych ludzi, którzy nie potrafią zbyt długo usiedzieć w miejscu. Ciągle stawiam przed sobą kolejne cele, planuje nowe rzeczy.
I tak między meblowaniem nowego mieszkania, biegam do pracy i chodzę na siłownię (kolejne podejście do systematyczności, w tym temacie), a od środy mam nawet, konkretny plan treningowy.
Obiecuję sobie, tutaj, oficjalnie nie zaniedbać tego bo wiem, że dzieki wysiłkowi fizycznemu czuję się lepiej, endorfiny malują uśmiech na mojej twarzy.
Poniżej zamieszczam zdjęcie, widoku ze wzgórza, pod które podbiegam, codziennie rano, w drodze do pracy.
Z racji tego zaniedbałam nie tylko bloga, was tutaj, ale też siłownię. Praktycznie wgl się nie poruszałam. Oczywiście chodziłam, do pracy, na zakupy. Bo musiałam, ale o jakejkolwiek sportowej formie ruchu nawet nie myślałam. Nie mówię, odwiedziłam od czasu do czasu siłownie, ale trening był tak wymuszony, że szkoda gadać.
Jednak, jestem z tych ludzi, którzy nie potrafią zbyt długo usiedzieć w miejscu. Ciągle stawiam przed sobą kolejne cele, planuje nowe rzeczy.
I tak między meblowaniem nowego mieszkania, biegam do pracy i chodzę na siłownię (kolejne podejście do systematyczności, w tym temacie), a od środy mam nawet, konkretny plan treningowy.
Obiecuję sobie, tutaj, oficjalnie nie zaniedbać tego bo wiem, że dzieki wysiłkowi fizycznemu czuję się lepiej, endorfiny malują uśmiech na mojej twarzy.
Poniżej zamieszczam zdjęcie, widoku ze wzgórza, pod które podbiegam, codziennie rano, w drodze do pracy.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
W górę biusta!
Piersi są dla nas, kobiet bardzo ważnym elementem ciała. Odgrywają kilka ważnych ról. Dzisiaj jednak chciałabym porozmawiać o tej czysto estetycznej.
Kiedy się odchudzamy skóra na piersiach wiotczeje, traci jędrność, a co za tym idzie nasz biust zaczyna wyglądać nieatrakcyjnie. Nie dość, ze najprawdopodobniej już masz rozstępy (przecież kiedy tyłaś Twoja skóra się rozciągała) to jeszcze miałabyś podnosić "cycki" spod pępka? Co to, to nie! Wielu efektom ubocznym odchudzania można zapobiec, albo chociaż je zminimalizować. Tak też jest ze zmianą wyglądu naszego dekoltu.
Przede wszystkim pielęgnacja! Firmy kosmetyczne oferują spore zaplecze, które jest w stanie nam pomóc. Na początku używałam serum ujędrniającego do biustu z Lirene. Przyciągnęło mnie wielkie PUSHUP na opakowaniu, ale niestety to tylko chwyt reklamowy. Dla mnie ten produkt jest nieskuteczny. Fakt, skóra była przyjemna, nawilżona, ale efekt był bardzo słaby. Może na początku coś tam widziałam, ale z czasem ciało przywykło i już nic się nie działo.
Od jakiegoś czasu używam produktów marki Eveline. Slim Extreme. Muszę przyznać, ze jestem zachwycona. Oczywiście to nie to samo, co osiągnęłabym podnosząc skórę chirurgicznie, ale efekt jest widoczny. Skóra jest napięta, a biust ładnie się podniósł .
Druga akcja: stanik! Bardzo ważne, abyśmy nosiły odpowiednio dobrany biustonosz (ale to na pewno już wiesz), najlepiej taki dobrany przez brafitterkę. Co więcej, jeśli nie chcesz, aby biust Ci opadł, albo chcesz go podnieść, bo niestety za późno się zorientowałaś, nie ściągaj stanika wcale. No, jedynie do kąpieli i kiedy uprawiasz seks :) Śpij w biustonoszu, na początku może być nie wygodnie, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia. Mówię z własnego doświadczenia. Kiedyś tylko czekałam, żeby móc pozbyć się tej "klatki", a teraz pierwsze co robię po wyjściu spod prysznica, to zakładam biustonosz. Podobno są nawet takie specjalne do spania, nie wiem jak to działa, ale czytałam gdzieś, że są.
Ostatni element: trening! Istnieje kilka dobrych ćwiczeń na klatkę piersiową. M.in pompki. Jeśli nie umiesz wykonać tych "męskich", trenuj na kolanach. Podczas wykonywania pompki praca mięsni klatki piersiowej jest bardzo intensywna, wiec kiedy dojdziesz do wprawy i będziesz potrafiła wykonywać większą ilość powtórzeń Twoje mięsni się rozbudują, a skóra napnie podnosząc biust ! Jeśli chodzisz na siłownie nie rezygnuj z ćwiczeń siłowych, które wykonują faceci, żeby napompować klatę. Twoja też może na tym skorzystać.
Pamiętaj, dieta niesie za sobą wiele dobrego, ale trzeba też pamiętać, że to co już raz efektywnie zepsułaś samym odchudzaniem nie naprawisz.
Kiedy się odchudzamy skóra na piersiach wiotczeje, traci jędrność, a co za tym idzie nasz biust zaczyna wyglądać nieatrakcyjnie. Nie dość, ze najprawdopodobniej już masz rozstępy (przecież kiedy tyłaś Twoja skóra się rozciągała) to jeszcze miałabyś podnosić "cycki" spod pępka? Co to, to nie! Wielu efektom ubocznym odchudzania można zapobiec, albo chociaż je zminimalizować. Tak też jest ze zmianą wyglądu naszego dekoltu.
Przede wszystkim pielęgnacja! Firmy kosmetyczne oferują spore zaplecze, które jest w stanie nam pomóc. Na początku używałam serum ujędrniającego do biustu z Lirene. Przyciągnęło mnie wielkie PUSHUP na opakowaniu, ale niestety to tylko chwyt reklamowy. Dla mnie ten produkt jest nieskuteczny. Fakt, skóra była przyjemna, nawilżona, ale efekt był bardzo słaby. Może na początku coś tam widziałam, ale z czasem ciało przywykło i już nic się nie działo.
Od jakiegoś czasu używam produktów marki Eveline. Slim Extreme. Muszę przyznać, ze jestem zachwycona. Oczywiście to nie to samo, co osiągnęłabym podnosząc skórę chirurgicznie, ale efekt jest widoczny. Skóra jest napięta, a biust ładnie się podniósł .
Druga akcja: stanik! Bardzo ważne, abyśmy nosiły odpowiednio dobrany biustonosz (ale to na pewno już wiesz), najlepiej taki dobrany przez brafitterkę. Co więcej, jeśli nie chcesz, aby biust Ci opadł, albo chcesz go podnieść, bo niestety za późno się zorientowałaś, nie ściągaj stanika wcale. No, jedynie do kąpieli i kiedy uprawiasz seks :) Śpij w biustonoszu, na początku może być nie wygodnie, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia. Mówię z własnego doświadczenia. Kiedyś tylko czekałam, żeby móc pozbyć się tej "klatki", a teraz pierwsze co robię po wyjściu spod prysznica, to zakładam biustonosz. Podobno są nawet takie specjalne do spania, nie wiem jak to działa, ale czytałam gdzieś, że są.
Ostatni element: trening! Istnieje kilka dobrych ćwiczeń na klatkę piersiową. M.in pompki. Jeśli nie umiesz wykonać tych "męskich", trenuj na kolanach. Podczas wykonywania pompki praca mięsni klatki piersiowej jest bardzo intensywna, wiec kiedy dojdziesz do wprawy i będziesz potrafiła wykonywać większą ilość powtórzeń Twoje mięsni się rozbudują, a skóra napnie podnosząc biust ! Jeśli chodzisz na siłownie nie rezygnuj z ćwiczeń siłowych, które wykonują faceci, żeby napompować klatę. Twoja też może na tym skorzystać.
Pamiętaj, dieta niesie za sobą wiele dobrego, ale trzeba też pamiętać, że to co już raz efektywnie zepsułaś samym odchudzaniem nie naprawisz.
środa, 29 lipca 2015
Padłeś? Powstań i biegnij dalej !
Upadłam! Biegłam i upadłam. Tak po prostu. Po dwustu, przebiegniętych metrach ! Byłam załamana. Kolana zdarte, ręce obdarte, telefon potłuczony ! Nowy iPhone. Koszmar. Zawróciłam do domu, bo dwieście metrów do nie dużo, obmyłam rany, przebrałam się i... pobiegłam dalej. Przebiegłam pięć kilometrów, wróciłam do domu, podładowałam telefon i poszłam na siłownię ! Tak, pomimo tych wszystkich ran i zmęczenia, poszłam zrobić trening. Pech chciał, że akurat przypadły mi ćwiczenia na macie, pompki. Po pierwszej serii podniosłam rękę i zobaczyłam plamę krwi. Potem przyszła kolej na pompki na kolanach. Ból towarzyszył każdemu opadnięciu, a plama krwi na macie była większa niż ta z ręki, ale trening trzeba dokończyć. Tak tez zrobiłam. Żadne zadrapania nie są w stanie mnie powtsrzymać. Niektórzy mówią, z to hardcore, a ja myślałam o tym, że jeśli nie dałabym rady zmotywować siebie do działania, to jak miałabym zmotywować kogokolwiek? Tak wiec pomimo upadku, ran, zniszczonego telefonu, bólu pobiegłam. Nawet nadopiekuńczy chłopak, odradzający trening, nie był w stanie mnie powstrzymać. Bo miałam cel. Zaplanowany trening na ten dzień.
Także nie mów mi, że Ci się nie chce, boli Cię głowa, ząb czy brzuch. To wszystko tylko wymówki powstrzymujące Cię przed dokonaniem czegoś, co dla innych będzie szaleństwem, będzie budzić podziw. Jak to mówią dla chcącego, nic trudnego. Niby banał, a jak prawdziwy.
No już, kończ czytanie, wskakuj w dres i biegnij, zrób trening i pozwól sobie być z siebie dumnym !
Także nie mów mi, że Ci się nie chce, boli Cię głowa, ząb czy brzuch. To wszystko tylko wymówki powstrzymujące Cię przed dokonaniem czegoś, co dla innych będzie szaleństwem, będzie budzić podziw. Jak to mówią dla chcącego, nic trudnego. Niby banał, a jak prawdziwy.
No już, kończ czytanie, wskakuj w dres i biegnij, zrób trening i pozwól sobie być z siebie dumnym !
P.S Pamiętaj, upadek to nie porażka! Upadek to znak, że idziesz w dobrym kierunku :*
środa, 22 lipca 2015
Jestem leń, idę biegać.
Hej wam!
Szukam osoby, która nie lubi siedzieć na kanapie, oglądać ulubionego serialu, wcinać chipsy i zapijać coca-colą. Jest tu taka persona? Czy ktoś jest w stanie powiedzieć: Nie lubię siedzieć i nic nie robić !? No właśnie, pewnie tylko kilka osób jest w tej kwestii stanowczo na NIE, ktoś może się zastanowił, ale jednak zdecydowana większość lubi leniuchować. Tak jest wygodnie ! Bo po co ruszyć tyłek z kanapy dalej niż do lodówki po kolejną butelkę piwa albo pudełko lodów ? Dlaczego mielibyśmy robić coś co nie sprawia nam przyjemności? Wręcz przeciwnie powoduje, że się meczymy, często płaczemy, pocimy? No dlaczego mielibyśmy opuszczać naszą sferę komfortu?
Myślę, że mogę podać kilka powodów dlaczego warto ruszyć dupę i zacząć działać.
- Bo kiedy się ruszamy produkowane są endorfiny, które powodują uczucie radości, utrzymującej się długo po skończonym treningu.
-Bo biegnąc przed siebie mijasz ludzi, którzy się do Ciebie uśmiechaj, tym samym napędzając Cię do działania.
-Bo na siłowni możesz poznać tą jedyną/tego jedynego.
-Bo kiedy zobaczysz, że jesteś w stanie przebiec 5km zachcesz wziąć udział w maratonie.
-Bo patrząc w lustro po zrobionym treningu będzie patrzeć na Ciebie rozpromieniona twarz, a nie ta zszarzała buzia, którą dotychczas tam widujesz.
-Bo dwa podbródki są nie modne.
-Bo opony powinny być w samochodzie, rowerze, skuterze, motorze, ale nie na brzuchu.
-Bo wałami powinniśmy nazywać te kopce piasku chroniące przed powodzią, a nie to co mamy pod pachami.
-Bo wstyd pytać ekspedientkę o większy rozmiar spodni.
-Bo Twoje serce będzie biło dłużej.
Mogłabym tak wymieniać bez końca, serio. Jest całe mnóstwo powodów dla których warto się podnieść, wskoczyć w dres i zrobić trening, pobiegać, pójść na spacer, czy pojeździć na rowerze.
Jako iż jestem autorką tego bloga pozwolę posłużyć sobie, sobą za przykład. Kiedy zaczynałam swoją przygodę, najpierw z odchudzaniem, a teraz po prostu ze zdrowym trybem życia, kupowałam spodnie w rozmiarze 14 (UK) czyli polskie 42, a teraz bez problemu mieszczę się w 10 (UK) czyli polskie 38. Gęba mi się śmieje od ucha do ucha, kiedy kupuję kolejną parę, albo inną część garderoby w rozmiarze S. Taka dumna z siebie to dawno nie byłam. Nie odbieraj sobie powodu do dumy.
Szukam osoby, która nie lubi siedzieć na kanapie, oglądać ulubionego serialu, wcinać chipsy i zapijać coca-colą. Jest tu taka persona? Czy ktoś jest w stanie powiedzieć: Nie lubię siedzieć i nic nie robić !? No właśnie, pewnie tylko kilka osób jest w tej kwestii stanowczo na NIE, ktoś może się zastanowił, ale jednak zdecydowana większość lubi leniuchować. Tak jest wygodnie ! Bo po co ruszyć tyłek z kanapy dalej niż do lodówki po kolejną butelkę piwa albo pudełko lodów ? Dlaczego mielibyśmy robić coś co nie sprawia nam przyjemności? Wręcz przeciwnie powoduje, że się meczymy, często płaczemy, pocimy? No dlaczego mielibyśmy opuszczać naszą sferę komfortu?
Myślę, że mogę podać kilka powodów dlaczego warto ruszyć dupę i zacząć działać.
- Bo kiedy się ruszamy produkowane są endorfiny, które powodują uczucie radości, utrzymującej się długo po skończonym treningu.
-Bo biegnąc przed siebie mijasz ludzi, którzy się do Ciebie uśmiechaj, tym samym napędzając Cię do działania.
-Bo na siłowni możesz poznać tą jedyną/tego jedynego.
-Bo kiedy zobaczysz, że jesteś w stanie przebiec 5km zachcesz wziąć udział w maratonie.
-Bo patrząc w lustro po zrobionym treningu będzie patrzeć na Ciebie rozpromieniona twarz, a nie ta zszarzała buzia, którą dotychczas tam widujesz.
-Bo dwa podbródki są nie modne.
-Bo opony powinny być w samochodzie, rowerze, skuterze, motorze, ale nie na brzuchu.
-Bo wałami powinniśmy nazywać te kopce piasku chroniące przed powodzią, a nie to co mamy pod pachami.
-Bo wstyd pytać ekspedientkę o większy rozmiar spodni.
-Bo Twoje serce będzie biło dłużej.
Mogłabym tak wymieniać bez końca, serio. Jest całe mnóstwo powodów dla których warto się podnieść, wskoczyć w dres i zrobić trening, pobiegać, pójść na spacer, czy pojeździć na rowerze.
Jako iż jestem autorką tego bloga pozwolę posłużyć sobie, sobą za przykład. Kiedy zaczynałam swoją przygodę, najpierw z odchudzaniem, a teraz po prostu ze zdrowym trybem życia, kupowałam spodnie w rozmiarze 14 (UK) czyli polskie 42, a teraz bez problemu mieszczę się w 10 (UK) czyli polskie 38. Gęba mi się śmieje od ucha do ucha, kiedy kupuję kolejną parę, albo inną część garderoby w rozmiarze S. Taka dumna z siebie to dawno nie byłam. Nie odbieraj sobie powodu do dumy.
WYJDŹ Z DOMU I ZAWALCZ O SWOJE MARZENIA !!
poniedziałek, 20 lipca 2015
piątek, 17 lipca 2015
Tłuste, tłustsze i najtłuściejsze.
Hej wam,
Tak sobie ostatnio pomyślałam, że nigdy nie wyjaśniłam skąd nazwa mojego bloga. Może nie jest zbyt chwytliwa, ani błyskotliwa, ale trafia w sedno tego co chcę przekazać prowadząc tego bloga. Dosłowne tłumaczenie FAT IN MY MIND to TŁUSZCZ W MOIM UMYŚLE. Dlaczego akurat tak?
Bo myślę, że problemy z nadwagą, otyłością, wgl wszystkie problemy zaczynają się z naszej głowie. Nie twierdzę, że grubniemy od samego myślenia, że jesteśmy grubi. Świat zna nie jeden przypadek anorektyczki, która uważała siebie za osobę otyłą (to też problem rodzący się w głowie, co nie?), ale jeżeli słyszymy coś, powtarzamy sobie wielokrotnie jedna rzecz zaczynamy w nią wierzyć. Kiedy już ta jedna, konkretna myśl zagnieździ się w naszym mózgu, nawet możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, że jest za późno. Dlatego właśnie odchudzanie, radzenie sobie z anoreksją, depresją należy zacząć od tego aby przyznać przed samym sobą, ze mamy problem. Kiedy głośno powiemy, nazwiemy sytuację po imieniu, łatwiej będzie nam obrać cel i ułożyć plan działania.
Powtarzając w głowie, jak mantrę myśl "Jestem gruba" nic nie zdziałasz, ale kiedy powiesz na głos "Mam problem z otyłością" uświadomisz sobie, że to rzeczywiście jest problem, a takowe należy rozwiązać. Przecież nikt nie lubi mieć kłopotów. Czy to z prawem, innym człowiekiem, czy samym sobą. Kiedy w końcu zrozumiesz, że MASZ PROBLEM będziesz potrafił stawić mu czoło.
Ja sobie poradziłam, a czy TY jesteś na tyle silny/ silna, odważny/odważna, żeby stawić temu czoła? Uwierz w siebie, bo ja w Ciebie wierzę :)
Tak sobie ostatnio pomyślałam, że nigdy nie wyjaśniłam skąd nazwa mojego bloga. Może nie jest zbyt chwytliwa, ani błyskotliwa, ale trafia w sedno tego co chcę przekazać prowadząc tego bloga. Dosłowne tłumaczenie FAT IN MY MIND to TŁUSZCZ W MOIM UMYŚLE. Dlaczego akurat tak?
Bo myślę, że problemy z nadwagą, otyłością, wgl wszystkie problemy zaczynają się z naszej głowie. Nie twierdzę, że grubniemy od samego myślenia, że jesteśmy grubi. Świat zna nie jeden przypadek anorektyczki, która uważała siebie za osobę otyłą (to też problem rodzący się w głowie, co nie?), ale jeżeli słyszymy coś, powtarzamy sobie wielokrotnie jedna rzecz zaczynamy w nią wierzyć. Kiedy już ta jedna, konkretna myśl zagnieździ się w naszym mózgu, nawet możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, że jest za późno. Dlatego właśnie odchudzanie, radzenie sobie z anoreksją, depresją należy zacząć od tego aby przyznać przed samym sobą, ze mamy problem. Kiedy głośno powiemy, nazwiemy sytuację po imieniu, łatwiej będzie nam obrać cel i ułożyć plan działania.
Powtarzając w głowie, jak mantrę myśl "Jestem gruba" nic nie zdziałasz, ale kiedy powiesz na głos "Mam problem z otyłością" uświadomisz sobie, że to rzeczywiście jest problem, a takowe należy rozwiązać. Przecież nikt nie lubi mieć kłopotów. Czy to z prawem, innym człowiekiem, czy samym sobą. Kiedy w końcu zrozumiesz, że MASZ PROBLEM będziesz potrafił stawić mu czoło.
Ja sobie poradziłam, a czy TY jesteś na tyle silny/ silna, odważny/odważna, żeby stawić temu czoła? Uwierz w siebie, bo ja w Ciebie wierzę :)
środa, 15 lipca 2015
NTC Marie Purvis
Cześć wszystkim.
Find Your Fast- to post w którym wspominałam o wyzwaniu jaki Nike rzuca kobietom na całym świecie. Do współpracy zaproszonych zostało sześć trenerek personalnych, każda z nich opracowała program ćwiczeniowy, w zależności od etapu wyzwania.
Pierwszą trenerką, która nas wyzywa jest właśnie Marie Purvis.
Kim jest Marie i jak się znalazła w Team Nike?
Trenerka trenerów, master trenerka, posiadaczka dyplomu z fizjologii treningowej (czy jakoś tak), certyfikowana trenerka personalna- nieźle, nie? Team Nike sam znalazł Marie i zaprosił ją do współpracy ponieważ posiada ona wiele umiejętności, doświadczeń którymi wzbogaciła treningi przygotowane przez pozostałych trenerów Nike Dynamic Treiners (bo tak wtedy się nazywali).
Jak trenuje Marie Purvis?
Trenuje sześć (!) dni w tygodniu. Jak sama mówi, szybko się nudzi, dlatego musi urozmaicać swoje treningi. Jej tydzień wygląda tak:
Poniedziałek: Trening z ciężarami.
Wtorek: To dzień intensywnego treningu, kiedy to zajmuje się głównie spalaniem "tłuszczyku".
Środa: Trening z kettle ball`em.
Czwartek: Dzień biegania. 200 metrów sprintu, 200 metrów spaceru powtórzone 8-10 razy po czym przechodzi do 2 km spokojnego biegu.
Piątek: trening na basenie. Jednak nie chodzi o pływanie, a bieganie w wodzie.W ten sposób Marie daje odpocząć mięśniom.
Sobota: długo dystansowe biegi z przyjaciółmi. Marie uważa, że uprawianie sportów ze znajomymi jest nie tylko świetnym sposobem na spędzanie wspólnie czasu, ale również silnym bodźcem motywacyjnym.
Niedziela: dzień odpoczynku.
Jak motywuje samą siebie?
Zapisuje się na długo dystansowe biegi, maratony, Zdaniem Marie nic tak nie motywuje jak wyznaczenie sobie ambitnego celu, do którego spełnienia potrzebne jest intensywne przygotowanie w postaci treningu.
Co poleca na start?
Jeśli chcemy zacząć, Marie poleca wybranie formy wysiłku fizycznego którą najbardziej lubimy. Bieganie, jazda na rowerze, taniec.
O czym przypomina każdej swojej klientce?
Oczywiście przestrzega przed urazami i kontuzjami. Surowo NAKAZUJE pamiętać o odpowiedniej rozgrzewce (zwłaszcza kolan) i rozciąganiu po treningu. Zdaniem trenerki trening siłowy jest bardzo istotny, nawet jeśli uprawiamy jogging, aby zapobiec uszkodzeniom stawów oraz bólom mięśniowym, które spowodowane są tym, że nie jesteśmy wystarczająco silne. Jeśli obawiamy się, że trening z wolnym ciężarem za bardzo nas "rozbuduje" wystarczy trening z masą własnego ciała.
Jak przygotować się do długiego biegu?
Jak każdy, Marie powtarza, że trzeba ciężko trenować, ale nie można skupiać się tylko na uprawianiu biegów długo dystansowych. Ponieważ podczas biegu zawsze używamy tych samych części ciała narażamy się na kontuzje innych. Dlatego należy pamiętać o tym aby ćwiczyć też pilates, jogę, rozciągać się. Poprzez budowę siły jesteśmy w stanie poprawić naszą kondycję.
Marie Purvis w sieci:
Instagram - Marie Purvis
Twitter- Marie Purvis
You Tube- Marie Purvis
Find Your Fast- to post w którym wspominałam o wyzwaniu jaki Nike rzuca kobietom na całym świecie. Do współpracy zaproszonych zostało sześć trenerek personalnych, każda z nich opracowała program ćwiczeniowy, w zależności od etapu wyzwania.
Pierwszą trenerką, która nas wyzywa jest właśnie Marie Purvis.
Kim jest Marie i jak się znalazła w Team Nike?
Trenerka trenerów, master trenerka, posiadaczka dyplomu z fizjologii treningowej (czy jakoś tak), certyfikowana trenerka personalna- nieźle, nie? Team Nike sam znalazł Marie i zaprosił ją do współpracy ponieważ posiada ona wiele umiejętności, doświadczeń którymi wzbogaciła treningi przygotowane przez pozostałych trenerów Nike Dynamic Treiners (bo tak wtedy się nazywali).
Jak trenuje Marie Purvis?
Trenuje sześć (!) dni w tygodniu. Jak sama mówi, szybko się nudzi, dlatego musi urozmaicać swoje treningi. Jej tydzień wygląda tak:
Poniedziałek: Trening z ciężarami.
Wtorek: To dzień intensywnego treningu, kiedy to zajmuje się głównie spalaniem "tłuszczyku".
Środa: Trening z kettle ball`em.
Czwartek: Dzień biegania. 200 metrów sprintu, 200 metrów spaceru powtórzone 8-10 razy po czym przechodzi do 2 km spokojnego biegu.
Piątek: trening na basenie. Jednak nie chodzi o pływanie, a bieganie w wodzie.W ten sposób Marie daje odpocząć mięśniom.
Sobota: długo dystansowe biegi z przyjaciółmi. Marie uważa, że uprawianie sportów ze znajomymi jest nie tylko świetnym sposobem na spędzanie wspólnie czasu, ale również silnym bodźcem motywacyjnym.
Niedziela: dzień odpoczynku.
Jak motywuje samą siebie?
Zapisuje się na długo dystansowe biegi, maratony, Zdaniem Marie nic tak nie motywuje jak wyznaczenie sobie ambitnego celu, do którego spełnienia potrzebne jest intensywne przygotowanie w postaci treningu.
Co poleca na start?
Jeśli chcemy zacząć, Marie poleca wybranie formy wysiłku fizycznego którą najbardziej lubimy. Bieganie, jazda na rowerze, taniec.
O czym przypomina każdej swojej klientce?
Oczywiście przestrzega przed urazami i kontuzjami. Surowo NAKAZUJE pamiętać o odpowiedniej rozgrzewce (zwłaszcza kolan) i rozciąganiu po treningu. Zdaniem trenerki trening siłowy jest bardzo istotny, nawet jeśli uprawiamy jogging, aby zapobiec uszkodzeniom stawów oraz bólom mięśniowym, które spowodowane są tym, że nie jesteśmy wystarczająco silne. Jeśli obawiamy się, że trening z wolnym ciężarem za bardzo nas "rozbuduje" wystarczy trening z masą własnego ciała.
Jak przygotować się do długiego biegu?
Jak każdy, Marie powtarza, że trzeba ciężko trenować, ale nie można skupiać się tylko na uprawianiu biegów długo dystansowych. Ponieważ podczas biegu zawsze używamy tych samych części ciała narażamy się na kontuzje innych. Dlatego należy pamiętać o tym aby ćwiczyć też pilates, jogę, rozciągać się. Poprzez budowę siły jesteśmy w stanie poprawić naszą kondycję.
Marie Purvis w sieci:
Instagram - Marie Purvis
Twitter- Marie Purvis
You Tube- Marie Purvis
poniedziałek, 13 lipca 2015
Gruba miłość.
Hello,
Kiedy kochamy bardziej? I czy jest wgl coś takiego jak mocniejsza i słabsza miłość? Czy zawsze, bez względu na okoliczności kocha się, drugą osobę tak samo? No bo kiedy jesteśmy z kimś w związku, angażujemy w to całego siebie, to czy np. nasz wygląd ma jakiś wpływ na nasze uczucia? Czy akceptacja samego siebie ma jakiś związek z tym co czujemy do naszego partnera?
Kurde, dużo pytań. Ale w sumie miłość to trudny temat, a właśnie ostatnio tak się zastanawiałam, czy kiedy było mnie więcej to czy kochałam i byłam kochana mocniej. Czy może teraz, kiedy schudłam i polubiłam siebie od nowa, kocham bardziej. Sama nie wiem. Wiem tylko, że kiedy byłam gruba (nazywajmy rzeczy po imieniu) sama siebie nie kochałam. A jednak ON zawsze powtarzał, że jestem tą najważniejszą i najwspanialszą. Nie powiem, trudno było mi w to wierzyć, ale jednak było pocieszeniem kiedy w nocy kładąc się do łóżka miałam się do kogo przytulić.
Jednak mimo pełnej, akceptacji i adoracji zdecydowałam się coś ze sobą zrobić. Powalczyć o miłość do samej siebie. Bo nie da się żyć szczęśliwie tylko w blasku czyjejś miłości. Jeżeli, codziennie patrząc w lustro, krzywisz się do swojego odbicia, płaczesz bo nie mieścisz się w ulubioną sukienkę, nie jesteś w stanie odwzajemnić tego uczucia tak jak osoba która Cię kocha na to zasługuje. Czy to ma sens? Rozumiecie o co mi chodzi? Kiedy ciągle marudzisz, że jesteś gruba, że brzydko wyglądasz, nic Ci nie pasuje nie doceniasz tego co dostajesz więc tak jakby nie kochasz tak mocno jak mogłabyś. Bo nie tylko Ty potrzebujesz miłości, żeby żyć. Związek to partnerstwo. Wszystko działa, a przynajmniej powinno, w dwie strony. Kiedy coś dajesz, chcesz coś dostać w zamian. Nie jesteś w stanie tego zrobić nie akceptując samego siebie. Przynajmniej ja nie byłam. Chociaż przyznam szczerze, że bycie grubym jest bezpieczniejsze. Bo mniej facetów ogląda się za "puszystą" dziewczyną. Więc automatycznie, zagrożenie zdrady jest mniejsze. Taki związek jest jakby bezpieczniejszy. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach, nie odejdzie od osoby, która akceptuje Cię pomimo nadbagażu, żeby szukać przygód. Bo ich raczej nie znajdzie. Przynajmniej nie na zdrowych zasadach.
Dajcie znać co wy na ten temat sądzicie. Czy wgl ktoś, poza mną, się nad tym kiedykolwiek zastanawiał?
Kiedy kochamy bardziej? I czy jest wgl coś takiego jak mocniejsza i słabsza miłość? Czy zawsze, bez względu na okoliczności kocha się, drugą osobę tak samo? No bo kiedy jesteśmy z kimś w związku, angażujemy w to całego siebie, to czy np. nasz wygląd ma jakiś wpływ na nasze uczucia? Czy akceptacja samego siebie ma jakiś związek z tym co czujemy do naszego partnera?
Kurde, dużo pytań. Ale w sumie miłość to trudny temat, a właśnie ostatnio tak się zastanawiałam, czy kiedy było mnie więcej to czy kochałam i byłam kochana mocniej. Czy może teraz, kiedy schudłam i polubiłam siebie od nowa, kocham bardziej. Sama nie wiem. Wiem tylko, że kiedy byłam gruba (nazywajmy rzeczy po imieniu) sama siebie nie kochałam. A jednak ON zawsze powtarzał, że jestem tą najważniejszą i najwspanialszą. Nie powiem, trudno było mi w to wierzyć, ale jednak było pocieszeniem kiedy w nocy kładąc się do łóżka miałam się do kogo przytulić.
Jednak mimo pełnej, akceptacji i adoracji zdecydowałam się coś ze sobą zrobić. Powalczyć o miłość do samej siebie. Bo nie da się żyć szczęśliwie tylko w blasku czyjejś miłości. Jeżeli, codziennie patrząc w lustro, krzywisz się do swojego odbicia, płaczesz bo nie mieścisz się w ulubioną sukienkę, nie jesteś w stanie odwzajemnić tego uczucia tak jak osoba która Cię kocha na to zasługuje. Czy to ma sens? Rozumiecie o co mi chodzi? Kiedy ciągle marudzisz, że jesteś gruba, że brzydko wyglądasz, nic Ci nie pasuje nie doceniasz tego co dostajesz więc tak jakby nie kochasz tak mocno jak mogłabyś. Bo nie tylko Ty potrzebujesz miłości, żeby żyć. Związek to partnerstwo. Wszystko działa, a przynajmniej powinno, w dwie strony. Kiedy coś dajesz, chcesz coś dostać w zamian. Nie jesteś w stanie tego zrobić nie akceptując samego siebie. Przynajmniej ja nie byłam. Chociaż przyznam szczerze, że bycie grubym jest bezpieczniejsze. Bo mniej facetów ogląda się za "puszystą" dziewczyną. Więc automatycznie, zagrożenie zdrady jest mniejsze. Taki związek jest jakby bezpieczniejszy. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach, nie odejdzie od osoby, która akceptuje Cię pomimo nadbagażu, żeby szukać przygód. Bo ich raczej nie znajdzie. Przynajmniej nie na zdrowych zasadach.
Dajcie znać co wy na ten temat sądzicie. Czy wgl ktoś, poza mną, się nad tym kiedykolwiek zastanawiał?
P.S Kocham Cię <3
sobota, 11 lipca 2015
Lista zakupów.
Pieniądze, pieniądze, pieniądze. To one rządzą światem. Mówią co możemy mieć, a czego nie. Wyznaczją drogę, często od narodzin aż do śmierci. Nie wiem jak wy, ale ja dosyć długo szukałam sposobu jak zaoszczędzić trochę kasy. Przyglądałam się swoim wydatkom i wiecie co? Zauważyłam, że dużo kasy ląduje w śmietniku, w postaci produktów które kupiłam "bo się przydadzą", bo "do czegoś się to użyje" albo "na pewno mamy tego za mało". I tak kapusta zgniła, koncentrat pomidorowy się przeterminował, a mleko skisło. Pieniądze wyrzucone do śmietnika. Dlatego bardzo cieszę się, że teraz mamy jadłospis, z góry przygotowany na cały tydzień (zamawiam taki na portalu [bebio.pl]) i na jego podstawie układamy sobie listę zakupów. Już nie zdarza nam się iść do sklepu i wrzucać do koszyka przypadkowych produktów, na zapas, albo w razie potrzeby bo takich potrzeb nie mamy. Wiem co i ile zjemy w ciągu tygodnia, dzięki temu jesteśmy w stanie kontrolować i minimalizować wydatki. Bo przecież paczka makaronu wystarcza nam na więcej niż jeden obiad, a mąkę użyjemy nie tylko do smażenia naleśników. Więc kiedy przychodzi dzień zakupów sprawdzamy w szafkach co jeszcze mamy i kupujemy tylko te produkty, które już się skończyły albo bedzie nam ich potrzeba więcej niż aktualnie mamy na stanie. To bardzo prosta metoda oszczędzania pieniędzy, ale też czasu. Kiedy mamy już gotową listę zakupów dzielimy ja na pół. Jedna dostaje mój chłopak, a drugą połówkę biorę ja. Dzięki takiemu podziałowi zrobienie zakupów zajmuje nam około 30 minut, bo nie chodzimy bezsensownie, we dwoje wzdłuż każdego regału, tylko każde idzie w swoja stronę i spotykamy się wtedy kiedy trzeba coś dorzucić do koszyka. Jeśli chodzi o oszczędzanie czasu to watro też robić zakupy zawsze w tym samym markecie. Bo będąc tam setny raz wiesz, ze przy wejściu są warzywa, a po mrożone truskawki musisz iść na koniec alejki, więc nie spacerujesz miedzy półkami (przy okazji wystawiając się na różne pokusy) tylko kierujesz się w konkretne miejsce i kupujesz tylko to co potrzebujesz.
Proste? Co o tym myślicie? Macie jakieś inne metody ułatwiania sobie życia? Podzielcie się nimi ze mną, proszę.
Pozdrawiam,
Klaudia :)
Proste? Co o tym myślicie? Macie jakieś inne metody ułatwiania sobie życia? Podzielcie się nimi ze mną, proszę.
Pozdrawiam,
Klaudia :)
czwartek, 9 lipca 2015
zdrowe, niezdrowe, zdrowe
Cześć wszystkim.
Jakiś czas temu pisałam o tym jak w prosty sposób sprawić, aby nasze posiłki były zdrowsze (klik). Wymieniłam tam tylko kilka propozycji, teraz chciałabym przedstawić kolejne. I tak:
Bułkę tartą warto zamienić np. na sezam, nadaje intensywniejszy smak,a nie wchłania oleju, dzięki czemu tak przygotowane mięso jest mniej kaloryczne.
Majonez-nie wyobrażam sobie życia bez sosu czosnkowego, ale zamiast majonezu używam jogurtu naturalnego, do tego koperek i można jeść :)
Co do wieprzowiny sprawa jest prosta, najlepiej jej nie jeść, bo jest tłusta. Najlepszym mięskiem, najzdrowszym jest pierś z kurczaka albo indyka. Białe mięso dostarcza do organizmu odpowiednią ilość biała i zawiera mniejszą ilość złego cholesterolu.
Kiedy sięgamy na półkę po twaróg wybierajmy ten chudy, odtłuszczony smakuje tak samo, a zjadając go nie musimy się martwić o kalorie.
Jeśli mamy ochotę na szynkę, tak samo jak w przypadku wołowiny, sięgnijmy po te z indyka lub kurczaka. Najlepiej z piersi.
Następnym razem robiąc zakupy zastanów się dwa, a nawet trzy razy, zanim coś włożysz do koszyka. Czasami wystarczy mała zmiana, aby poprawić nasze zdrowie, wygląd i samopoczucie.
Pozdrawiam,
Klaudia :)
Jakiś czas temu pisałam o tym jak w prosty sposób sprawić, aby nasze posiłki były zdrowsze (klik). Wymieniłam tam tylko kilka propozycji, teraz chciałabym przedstawić kolejne. I tak:
Bułkę tartą warto zamienić np. na sezam, nadaje intensywniejszy smak,a nie wchłania oleju, dzięki czemu tak przygotowane mięso jest mniej kaloryczne.
Majonez-nie wyobrażam sobie życia bez sosu czosnkowego, ale zamiast majonezu używam jogurtu naturalnego, do tego koperek i można jeść :)
Co do wieprzowiny sprawa jest prosta, najlepiej jej nie jeść, bo jest tłusta. Najlepszym mięskiem, najzdrowszym jest pierś z kurczaka albo indyka. Białe mięso dostarcza do organizmu odpowiednią ilość biała i zawiera mniejszą ilość złego cholesterolu.
Kiedy sięgamy na półkę po twaróg wybierajmy ten chudy, odtłuszczony smakuje tak samo, a zjadając go nie musimy się martwić o kalorie.
Jeśli mamy ochotę na szynkę, tak samo jak w przypadku wołowiny, sięgnijmy po te z indyka lub kurczaka. Najlepiej z piersi.
Następnym razem robiąc zakupy zastanów się dwa, a nawet trzy razy, zanim coś włożysz do koszyka. Czasami wystarczy mała zmiana, aby poprawić nasze zdrowie, wygląd i samopoczucie.
Pozdrawiam,
Klaudia :)
poniedziałek, 6 lipca 2015
#JustWearIt II
Cześć wszystkim.
Przeglądając motywujące portale, sportowe zawsze rzucają mi się w oczy kolory. Te wszystkie neony, pastele, szarości. No kocham to, po prostu kocham. Teraz tą miłością zamierzam zarażać :)
sobota, 4 lipca 2015
Find Your Fast-Challange.
Cześć Wam.
Kilkakrotnie wspominałam już o aplikacji na telefon Nike Training Club. Jest to aplikacja głównie dla kobiet. Pomaga ona zorganizować sobie trening, w zależności od tego na czym zależy nam najbardziej, szerzej możecie poczytać na ten temat [tutaj]. Jako iż jestem użytkownikiem, kilka dni temu dostałam maila z zaproszeniem do wzięcia udziału w trzy miesięcznym wyzwaniu.
Jak to wygląda? Wchodzicie na [tą stronę], logujecie się do wyzwania i dostajecie zupełnie darmowy trzy miesięczny plan treningowy. Jednak, żeby móc z niego w pełni korzystać potrzebna wam będzie właśnie aplikacja Nike Training Club, którą za darmo, można pobrać na androidy bądź iPhony. Jest to konieczne, ponieważ większość planu bazuje na treningach, których nie znajdziecie nigdzie w internecie. Trzy miesiące, każdy jako osobny element, razem tworzą spójną całość. Pierwszy miesiąc ma nam pomóc wzmocnić siłę i wytrzymałość.
Drugi podnosi poprzeczkę, przyśpieszamy.
Trzeci to już szaleństwo, szybkość, nic innego juz się nie liczy.
Wyzwanie zaczyna się w poniedziałek, wiec macie jeszcze chwilę aby dołączyć. Bardzo wszystkich zachęcam, bo sama już trochę korzystam z tej aplikacji i widzę efekty, jestem mega zadowolona z tego co dzieje się z moim ciałem (np. potrafię przebiec 10 km, kiedyś nawet o tym nie marzyłam).
Do każdego etapu, dwie personalne trenerki, światowej klasy opracowały dodatkowy trening i wyzwanie.
Myślę, że będę was na bieżąco informować o tym jak mi idzie, a przy okazji opowiem o dziewczynach, takich jak MY, które teraz wraz z Nike współtworzą to wyzwanie.
W necie znalazłam filmik reklamujący wydarzenie.
Piszcie co myślicie, dołączycie się?
Pozdrawiam,
Klaudia :)
Kilkakrotnie wspominałam już o aplikacji na telefon Nike Training Club. Jest to aplikacja głównie dla kobiet. Pomaga ona zorganizować sobie trening, w zależności od tego na czym zależy nam najbardziej, szerzej możecie poczytać na ten temat [tutaj]. Jako iż jestem użytkownikiem, kilka dni temu dostałam maila z zaproszeniem do wzięcia udziału w trzy miesięcznym wyzwaniu.
Jak to wygląda? Wchodzicie na [tą stronę], logujecie się do wyzwania i dostajecie zupełnie darmowy trzy miesięczny plan treningowy. Jednak, żeby móc z niego w pełni korzystać potrzebna wam będzie właśnie aplikacja Nike Training Club, którą za darmo, można pobrać na androidy bądź iPhony. Jest to konieczne, ponieważ większość planu bazuje na treningach, których nie znajdziecie nigdzie w internecie. Trzy miesiące, każdy jako osobny element, razem tworzą spójną całość. Pierwszy miesiąc ma nam pomóc wzmocnić siłę i wytrzymałość.
Drugi podnosi poprzeczkę, przyśpieszamy.
Trzeci to już szaleństwo, szybkość, nic innego juz się nie liczy.
Wyzwanie zaczyna się w poniedziałek, wiec macie jeszcze chwilę aby dołączyć. Bardzo wszystkich zachęcam, bo sama już trochę korzystam z tej aplikacji i widzę efekty, jestem mega zadowolona z tego co dzieje się z moim ciałem (np. potrafię przebiec 10 km, kiedyś nawet o tym nie marzyłam).
Do każdego etapu, dwie personalne trenerki, światowej klasy opracowały dodatkowy trening i wyzwanie.
Myślę, że będę was na bieżąco informować o tym jak mi idzie, a przy okazji opowiem o dziewczynach, takich jak MY, które teraz wraz z Nike współtworzą to wyzwanie.
W necie znalazłam filmik reklamujący wydarzenie.
Piszcie co myślicie, dołączycie się?
Pozdrawiam,
Klaudia :)
piątek, 3 lipca 2015
Melon-Arbuz-Farmona
Cześć Wam.
Idąc, że tak powiem za ciosem kupiłam ostatnio kolejny produkt firmy Farmona, opis pierwszego macie [tutaj]. Tym razem zdecydowałam się na normalny, nie cukrowy peeling do ciała, o zapachy melon-arbuz. Nie mam pojęcia jak oni to robią, ale te mixy zapachowe są po prostu nieziemskie. Poważnie, za każdym razem żałuję, że te kosmetyki są nie jadalne :(
Co do samego produktu, to jestem mega zadowolona. Jestem osobą, która lubi czuć, że coś się dzieje. I tak właśnie jest kiedy używam tego peelingu. To dlatego, że nie rozpuszcza się tak szybko, na ciele jak cukrowy, i ma grubsze granulki ścierające. Dzięki temu po każdym użyciu czuję się tak jakbym już nie musiała używać, żadnego balsamu, skóra jest taka gładka.
Jeżyna-malina kontra melon-arbuz.
Który moim zdaniem jest lepszy?
Jeśli chodzi o zapach jeżyna-malina biję melon-arbuz na głowę, bo pachnie intensywnej, a ja to uwielbiam, ten zapach dłużej utrzymuje się na skórze. Jeśli jednak wolicie coś delikatniejszego to bierzcie melona.
Konsystencja? Melon-arbuz. Tak jak wspominałam jest grubszy i nie rozpuszcza sie zaraz po kontakcie ze skórą, dzięki czemu aplikacja jest łatwiejsza, a produkt jest wydajniejszy.
Który lepiej działa na skórę? To oczywiście zależy od tego jaki rodzaj skóry mamy, ale jeżeli lubimy czuć, ze coś ścieramy to definitywnie melon-arbuz. Jeżyna-malina jest za to delikatniejszy, dla wrażliwszej skóry.
Gdzieś, kiedyś wspominałam, że mieszkam w Anglii. Jak wiec zaopatrzam się w kosmetyki polskich firm? To proste, kupuje je w internetowych drogeriach.
Ostatnio częściej korzystam z m-shopu, ale w przeszłości lubiłam robić zakupy na kamyku. Jeśli chcecie kupić jakieś kosmetyki firmy Farmona, maja oni własną witrynę internetową [tutaj]. Nie korzystałam z niej, ale po przeglądnięciu wydaje się być całkiem prosta w użyciu. Ceny też są przystępne.
Idąc, że tak powiem za ciosem kupiłam ostatnio kolejny produkt firmy Farmona, opis pierwszego macie [tutaj]. Tym razem zdecydowałam się na normalny, nie cukrowy peeling do ciała, o zapachy melon-arbuz. Nie mam pojęcia jak oni to robią, ale te mixy zapachowe są po prostu nieziemskie. Poważnie, za każdym razem żałuję, że te kosmetyki są nie jadalne :(
Co do samego produktu, to jestem mega zadowolona. Jestem osobą, która lubi czuć, że coś się dzieje. I tak właśnie jest kiedy używam tego peelingu. To dlatego, że nie rozpuszcza się tak szybko, na ciele jak cukrowy, i ma grubsze granulki ścierające. Dzięki temu po każdym użyciu czuję się tak jakbym już nie musiała używać, żadnego balsamu, skóra jest taka gładka.
Jeżyna-malina kontra melon-arbuz.
Który moim zdaniem jest lepszy?
Jeśli chodzi o zapach jeżyna-malina biję melon-arbuz na głowę, bo pachnie intensywnej, a ja to uwielbiam, ten zapach dłużej utrzymuje się na skórze. Jeśli jednak wolicie coś delikatniejszego to bierzcie melona.
Konsystencja? Melon-arbuz. Tak jak wspominałam jest grubszy i nie rozpuszcza sie zaraz po kontakcie ze skórą, dzięki czemu aplikacja jest łatwiejsza, a produkt jest wydajniejszy.
Który lepiej działa na skórę? To oczywiście zależy od tego jaki rodzaj skóry mamy, ale jeżeli lubimy czuć, ze coś ścieramy to definitywnie melon-arbuz. Jeżyna-malina jest za to delikatniejszy, dla wrażliwszej skóry.
Gdzieś, kiedyś wspominałam, że mieszkam w Anglii. Jak wiec zaopatrzam się w kosmetyki polskich firm? To proste, kupuje je w internetowych drogeriach.
Ostatnio częściej korzystam z m-shopu, ale w przeszłości lubiłam robić zakupy na kamyku. Jeśli chcecie kupić jakieś kosmetyki firmy Farmona, maja oni własną witrynę internetową [tutaj]. Nie korzystałam z niej, ale po przeglądnięciu wydaje się być całkiem prosta w użyciu. Ceny też są przystępne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































